Pustynia w Mieście

Pustynia w Mieście » Świadectwa » Jak gospodarz domu wyprowadził mnie na Pustynię

Jak gospodarz domu wyprowadził mnie na Pustynię

2004-12-19 Radek

Czas oczekiwania to czas pozornie bezczynny. Czekając na kogoś trwamy nasłuchując czy już się zbliża. W międzyczasie możemy rozmyślać czy aby o wszystko należycie zadbaliśmy, czy jesteśmy gotowi na wizytę, czy nasz utęskniony gość będzie czuł się u nas dobrze, czy będą mu smakowały potrawy, które przygotowaliśmy z myślą o nim, czy będzie mu wygodnie na miejscu, które na niego czeka.

Czego chcesz ode mnie Panie? Czego oczekujesz? Co mogę zrobić, aby gdy do mnie zawitasz móc Cię godnie ugościć? Czym mogę Cię uradować? Takie myśli krążą mi po głowie w czasie adwentu i wszystko we mnie odpowiada: Kochaj!

Częściej niż zwykle zadaje sobie pytania o Wspólnotę, o to, co stanowi o tym, że jestem fragmentem Pustyni w Mieście. Im dłużej jestem we Wspólnocie tym bardziej widzę, że nasz charyzmat nie jest czymś zamkniętym, zapisanym i podkreślonym. Myślę, że każdy z nas wiele razy odkrywał w nim coś nowego. To, co mnie bardzo żywo dotyka w ostatnim czasie to to, że charyzmat Wspólnoty odkrywają przede mną ludzie z nią niezwiązani, że swoją postawą pokazują mi jak tworzyć Pustynię w Mieście. Dlaczego zatem dopiero teraz, po tylu latach życia Duchem Wspólnoty zaczynam to dostrzegać?

Osobiście postrzegam to jako pukanie Boga do mojego serca. Bóg jak zawsze jest delikatny, nie mówi wprost, że popadłem w duchową rutynę, że bardziej troszczę się o organizację niż o Ducha, że przynależność do Wspólnoty to coś więcej niż obecność na rekolekcjach czy spotkaniach komórkowych. Pozwala mi to odkryć samemu, zsyła ludzi, którzy prowadzą mnie na Pustynię i tam ukazują sedno: Miłość.

Kilka dni temu obudziłem się bardzo nie wypoczęty, na dworze mróz, w domu chłód, nosa nie chce się wystawić spod kołdry. Ale praca czeka. Robię znak krzyża i próbuję wytrwać, choć kilka minut na "kwadransie ciszy" - elemencie naszego dnia codziennego. Nic nie mówię, myśli krążą na granicy snu i jawy a ja zmuszam je by wędrowały do Boga. Panie, nic bez Ciebie... I całym sobą potwierdzam to zdanie, usypiam na kolejne kilka minut. Po porannej kawie zsuwamy się z Anią po schodach z IV piętra do samochodu, otwieram drzwi od klatki schodowej a mróz chce przetestować na mojej twarzy swoje nowe umiejętności z dziedziny, jaką jest akupunktura. Już chcę złorzeczyć na ten dzień, gdy słyszę z boku z odległości kilku, kilkunastu metrów krzyk: Dzień dobry! Wtedy dopiero dostrzegłem postać naszego gospodarza domu. Krzyknął "dzień dobry" zanim w ogóle go zobaczyłem, po czym zaczął coś sobie podśpiewywać dalej zamiatając teren wokół bloku. Zdałem sobie sprawę, że gdy ja walczyłem o świadomość na łóżku on już zagrabił pół okolicy wesoło przy tym pogwizdując. Uwierzcie, gdy wyszedłem i zobaczyłem idealny porządek przed blokiem, ani jednego jesiennego liścia, równiutkie ślady grabi na ziemi, to w moje serce wlał się cały optymizm tego świata. Ten człowiek robił po prostu swoje, grabił, zamiatał, ale włożył w to całego siebie i na dodatek robił to z radością. Wprawiło mnie to wszystko w głębokie zamyślenie nad moim podejściem do tego nowego dnia i zawstydziłem się. Gospodarz naszego bloku sprawił, że martwiąc się o troski dnia nagle znalazłem się w nowej przestrzeni, znalazłem się na Pustyni, sprawił, że znalazłem czas, aby zatrzymać się i zacząć dzień od nowa. Tym razem jednak, dzień ofiarowałem na służbę Bogu.

Dociera do mnie jak ważne jest by we wszystkim co robię oddawać chwałę Panu, i nie tylko dlatego że jest tego naprawdę godny ale dlatego, że w ten sposób chrzczę to co robię. Przemieniam rzeczy zwykłe w takie, które stwarzają przestrzeń do zamyślenia, zmuszają do zastanowienia nad wartościami, nad sobą. Ktoś dopisał się kiedyś do Księgi Gości na naszej stronie pytając jak ustanowić równowagę w przeżywaniu kontemplacji i działaniu w codzienności. Dziś odczytuję, że wcale nie musimy być rozdarci między kontemplacją a działaniem, między miastem, targowiskiem a Pustynią, miejscem spotkania z Bogiem. Wydaje mi się, że Bóg powołuje mnie bym każde działanie świadomie powierzał jemu, by każde działanie dokonywało się w ciszy Pustyni i oddane było Panu. On je przemieni wedle swojej woli. Ja mam być dla innych tylko Pustynią, swoją osobą mam sprawić by mogli się zatrzymać i niespiesznie przyjrzeć miejscu, w którym stoją. Mam być ciszą, miejscem i czasem. To wszystko ma się odbywać nie przez cuda, do których Bóg mnie nie uzdolnił, ale przez to, co robię, na co dzień (por. Łk 5,1-11). Moje wyjście na Pustynię nie ma być ładowaniem akumulatorów, ale ma być pojednaniem z Pustynią, stawaniem się nią, po to, by być prawdziwą Pustynią w Mieście.

Oczywiście, aby stać się dla drugiego człowieka miejscem i czasem spotkania z Bogiem muszę patrzeć na Niego z miłością. Jest to kolejna prawda, którą znam prawie od urodzenia a dopiero teraz zaczynam ją rozumieć. Kochać człowieka, w którym ma mieszkanie Duch Święty, kochać człowieka, w którym jest Chrystus - czasem dzielny i pouczający, częściej pobity, bezsilny, ukrzyżowany, wołający: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił... Człowieka wołającego o Miłość, o przytulenie, o okazanie ciepła, o ofiarowanie czasu - a to jest temat na osobne rozważanie.

LOGOWANIE

O WSPÓLNOCIE

AKTUALNOŚCI

ŻYCIE KOŚCIOŁA

CZYTELNIA

Jak znaleźć księcia z bajki w stawie pełnym ropuchów?
Dr Kenneth Ryan
Jak znaleźć księcia z bajki w stawie pełnym ropuchów?

Udaję silną przed światem, ale w głębi serca boję się, że nigdy nie znajdę mężczyzny, który mnie pokocha. Wszyscy wartościowi mężczyźni są już zajęci. Nie zatrzymam przy sobie chłopaka, jeśli nie pójdę z nim do łóżka. Brzmi znajomo? Nie ty jedna dochodzisz do takich wniosków.

Księgarnia religijna

© Pustynia w Mieście & Brodex 2019 r.